Szach-mat i Paul Morphy. Ulubiona historia, która nigdy się nie wydarzyła
Diabeł, młodzieniec i „Szach-mat” w Luwrze, przed którym mistrz świata widzi jeszcze jeden ruch króla. Piękna historia. Tylko że wydarzyła się inaczej.
To chyba moja ulubiona historia, która nigdy się nie wydarzyła.
Luwr, diabeł i mistrz świata
W Luwrze, w jednej z sal, których turysta nie zapamiętuje, bo przechodzi przez nie w drodze do Mony Lisy, wisi obraz zatytułowany „Szach-mat”. Po jednej stronie szachownicy siedzi diabeł, rozparty i zadowolony, z miną kogoś, kto właśnie zgarnął całą pulę i nie zamierza tego ukrywać, a po drugiej młody człowiek z ręką na czole, który nie gra już o nic, tylko patrzy na własną przegraną i czeka, aż ktoś mu powie, że może już wstać od stołu.
Pewnego dnia przez tę salę przechodzi wycieczka, ale nie zwykła, bo muzeum oprowadza akurat grupę mistrzów świata w różnych dyscyplinach, a wśród nich idzie mistrz świata w szachach. Przewodnik zatrzymuje się przy obrazie, odklepuje swoją formułkę o artystycznej wizji człowieka, który przegrał bitwę z diabłem, dodaje, że tytuł mówi wszystko, i prowadzi grupę dalej, do kolejnego płótna.
Grupa idzie dalej, a szachista zostaje.
Stoi minutę, potem pięć, potem dziesięć, i dopiero przy następnej sali ktoś orientuje się, że brakuje jednej osoby. Przewodnik wraca i pyta, czy pan idzie, na co słyszy, że pan patrzy na obraz. Przewodnik, już lekko zniecierpliwiony, tłumaczy raz jeszcze, że to „Szach-mat”, diabeł się śmieje, a człowiek przegrał, i w zasadzie nie ma tu już na co patrzeć.
„Zauważyłem, tylko że mam problem.”
„Jaki problem?”
„Jestem mistrzem świata w szachach i zwykli ludzie nie zawsze widzą to, co widzę ja. Kiedy odeszliście, przestałem patrzeć na diabła i na tego chłopaka, a spojrzałem na szachownicę. I albo będą musieli zmienić obraz, albo będą musieli zmienić tytuł.”
„Dlaczego?”
„Bo król ma jeszcze jeden ruch.”
Piękne, prawda?
No dobrze, ale skąd się to wzięło
Obraz istnieje i nazywa się „Die Schachspieler”, namalował go Moritz Retzsch w 1831 roku, a „Checkmate” to późniejsza ksywka, która przykleiła się do niego w świecie anglosaskim. W Luwrze nigdy nie wisiał, a od 1999 roku, po aukcji w Christie's, jest w rękach prywatnych.
Szachista też istnieje, bo to Paul Morphy, Amerykanin z Nowego Orleanu i najlepszy gracz świata końca lat 50. XIX wieku, który jednak nie stał przed oryginałem w muzeum, tylko przed litografią w salonie wielebnego R.R. Harrisona w Richmond w Wirginii, jesienią 1861 roku, po kolacji. Nie było też żadnego jednego ruchu: Morphy sprawdził, czy figury odstawiono zgodnie z ryciną, powiedział spokojnie, że bierze pozycję młodzieńca i wygra, po czym rozegrał ją przeciwko każdemu z obecnych panów po kolei i ze wszystkimi wygrał.
Historię spisano dopiero w 1888 roku w Columbia Chess Chronicle, a kiedy czytelnicy zaczęli ją podważać, Harrison i obecny tamtego wieczoru kapitan Barney potwierdzili ją listownie, 27 lat po fakcie. Wisienką na torcie pozostaje to, że pozycja na obrazie jest do dziś sporna i część analityków twierdzi, że białe i tak przegrywają, więc Morphy najprawdopodobniej ograł amatorów z pozycji, którą współczesny silnik oceniłby jako przegraną.
Ładniejsza puenta niż ta z kazania
Moim zdaniem to ładniejsza puenta niż ta z kazania. Nie „król ma jeszcze ruch”, tylko: nawet w przegranej pozycji wygrywa ten, kto umie grać lepiej niż ten po drugiej stronie stołu.
A piszę o tym dzisiaj, bo przeglądając własny profil zauważyłem, że od kilku tygodni publikuję wyłącznie taśmy, pozwy, straty i hipokryzję, i uznałem, że piątek to dobry moment, żeby to przerwać.
Dobrego weekendu moi drodzy!
